|
„Czekałem na nią - wspomina Królak - właściwie już od startu w Warszawie. Byłem dojrzałym kolarzem i czułem się na siłach wygrać wyścig. Nie były to marzenia zrodzone wyłącznie z młodzieńczego porywu, nie poparte realnymi przesłankami. Przez kilka lat nauczyłem się chłodno kalkulować, gospodarować siłami, być cierpliwym. Umiałem przezwyciężać nadludzkie na pozór trudy, opór własnych mięśni. Włosi wygrali pierwsze etapy, ale nie wytrzymali całego wyścigu. Dino Bruni wycofał się z powodu dokuczliwych czyraków, był skrajnie wyczerpany i przemęczony. Pozostał Cestari, ale groźniejsi byli pod koniec Nyman, Kolumbiet, Dumitrescu i Wolfs. Nauczyłem się też właściwie oceniać własne możliwości. Nie wyczerpała mnie jazda pod wiatr, latami trenowałem jeszcze bardziej zawzięcie podczas niepogody. Taki trening jest także dobrą zaprawą na górskie podejścia. Nie przeraził mnie mit Meranee, czułem się przygotowany do tej stromej, ale przecież krótkiej, wspinaczki. Musiałem ten etap wygrać bez względu na okoliczności i niespodzianki trasy. Po to, aby wygrać wyścig.
Kiedy dołączyliśmy do czołówki, przylgnąłem na moment do kółka Więckowskiego.
- To wszyscy? - zapytałem, wskazując głową na jadących za nami kolarzy.
|