|
Dla mnie stanowiły niezniszczalne doznania, były jedyną godziwą rekompensatą za tysiące godzin spędzonych na treningach, dopingiem do intensywniejszych zajęć, by zgodnie z ludzką naturą stać się lepszym, silniejszym, by nie zawieść innych i siebie, by ciągle zwyciężać. Może właśnie dlatego występ w stolicy Austrii wspominam z takim sentymentem. A może tamten rok 1961 jest mi wyjątkowo bliski, gdyż wyznaczył ważne daty w życiu osobistym: ożenek i ukończenie studiów wyższych?...-
Określano mnie często „fenomenem sztangi", „Herkulesem XX wieku", „gigantem współczesnego sportu". Wydawało mi się to trochę zabawne, gdy przypominałem sobie pierwsze, przypadkowe kontakty ze sztangą na wojskowej spartakiadzie, pierwsze wizyty, już w trakcie studiów, w warszawskim „Hadesie", gdzie udzielał mi wskazówek, prowadzący mnie później przez cały sportowy szlak, nieoceniony opiekun, nauczyciel i wychowawca - dr Augustyn Dziedzic. Dzisiaj nie , śmieszy mnie patos owych określeń, lecz o sobie mogę co najwyżej powiedzieć, że natura nie poskąpiła mi talentu. Nierzadko pojęcie to utożsamia się ze stroną fizyczną zawodnika: odpowiednią budową, umięśnieniem. Według mnie o posiadaniu talentu decydują przede wszystkim cechy psychiczne: silna wola, wytrwałość, pracowitość, systematyczność, ambicja a nawet jej przerost, inteligencja, bezwzględność w dążeniu do celu, graniczące z fanatyzmem umiłowanie dyscypliny, pogoń za wynikiem, rekordem. Jeśli zabraknie któregoś z tych elementów, talent w moim przekonaniu nie istnieje. Ludziom postronnym trudno to pojąć, lecz zgodnie z ludową maksymą „syty głodnego nigdy nie zrozumie".
|