|
Pierwsze emocje debiutanckiej tremy, pierwsze pochlebne recenzje prasowe. Później jeszcze udany występ w mistrzostwach w Będzinie, mimo porażki ze znanym już wówczas, bardziej doświadczonym pięściarzem - Klobucą, tytuł najlepszego boksera mityngu w Lublinie i wreszcie powołanie na zgrupowanie kadry narodowej w Warszawie przed meczami z Jugosławią 'i Francją.
„Po raz pierwszy - wspomina - znalazłem się w nieosiągalnym jeszcze dla mnie tak niedawno kręgu wielkich nazwisk jak: Rukier, Zawadzki, Adamski, Brychlik, Pietrzykowski... Z szeroko rozwartymi oczyma, nieprzytomny niemal z radości chłonąłem każdy ruch, każdy gest i słowo moich utytułowanych kolegów. Toczyłem z nimi urojone walki, marzyłem o zwycięstwie, żyłem w radosnym świecie młodzieńczej fantazji... Dopiero wówczas zrozumiałem ile szczęścia, ile satysfakcji może dać boks."
23 czerwca 1958 roku. Całe ówczesne życie Jerzego Kuleją koncentrowało się wokół tej daty. Marzył o tym dniu w ciągu wielu nieprzespanych nocy. Ciągle jeszcze nie wierzył, że może dostąpić zaszczytu przywdziania koszulki z Białym Orłem na piersi. Debiut w reprezentacji stał się jednak faktem.
„Co wówczas czułem? Nie wiem czego było więcej - radości czy tremy, podniecenia czy zwątpienia? Rozpaczliwie broniłem się zbawienną myślą, że za moimi plecami czuwa niezastąpiony „Papa" Stamm, że nie będę w tej pierwszej w moim życiu walce osamotniony. Bałem się, straszliwie się bałem, że zawiodę zaufanie, jakim mnie obdarzono."
|