|
Przed Meksykiem, choć wkroczył już w 33 wiosnę, czuł się dobrze jak nigdy. Bił wszystkie swoje rekordy w próbach sprawnościowych, organizm miał jak „naładowany dynamitem". A tu nagle krach! Naderwanie ścięgna, stan zapalny. W programie treningowym z wysokiego „C" trzeba było zejść do najniższej tonacji. Niemal całe lato wyrwane zostało ze sportowego życiorysu Szmidta. Jechał do Meksyku z poczuciem niepełnowartości zawodniczej, zdając sobie przy tym sprawę, że to już chyba ostatni olimpijski start. Walczył. Wszedł do finału, uzyskał rezultat lepszy niż w Tokio, ale to było mało. Na jego oczach rywale rozprawiali się z rekordem świata. Jego rekordem. Ostatecznie był siódmy...
Charakterystyczne, że gdy dzisiaj wraca myślą do tamtych dni, gdy wspomina treningi i zawody przeplatane kontuzjami, nie czuje żalu do tak nieprzychylnych zrządzeń losu. I może tylko czasem odzywa się stara zadra, że i ludzie bliscy nie zawsze potrafili go zrozumieć. Kto wie czy nie byłoby mu łatwiej. Nie zawsze można przecież wygrywać...
Przed startem w Tokio nie uchodził za faworyta i niemal do ostatniej chwili nie było wiadomo czy lekarz zgodzi się na jego udział w olimpijskim konkursie. A jeśli nawet, to ile niedysponowany Józek może skoczyć? Szesnaście metrów? W dniu zawodów bez słowa położono przed nim na stoliku numer startowy...
|